Urodzona 15 października 1912 roku w Krakowie, zmarła 28 lutego 1980
roku w Katowicach.
Bez wątpienia pierwsza rakieta w historii polskiego tenisa w okresie
stulecia PZT (1921–2021), zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn. Ba, w okresie
przedwojennym najjaśniej świecąca gwiazda nie tylko tenisa, ale też całego naszego
sportu. Pochodząca ze społecznych nizin, swojska, pogodna i bezpretensjonalna Jadzia
zrobiła oszałamiającą karierę – jak byśmy dziś powiedzieli – celebrytki. Jej
przypadek znakomicie pokazuje, że już wówczas sport był jedną z najprostszych
dróg awansu społecznego, a cała historia „Latającej Jed” (tak nazywać ją będą
Anglosasi), jest z tych opowieści o Kopciuszku czy, jak kto woli, wspinaczce od
pucybuta do milionera. A konkretnie: od dziewczynki z ubogiego robotniczego
domu, podającej piłki damom na kortach w Krakowie, do niezwyciężonej mistrzyni
Polski, cenionej uczestniczki zimowych turniejów na Riwierze, mikstowej partnerki
królów, mistrzyni wielu turniejów europejskich, w końcu wielkoszlemowej
finalistki w Londynie, Paryżu i Nowym Jorku.
Polski tenis doczekał wtedy chwil, nigdy na razie nie powtórzonych
(choć w 2022 roku wydaje się to być bliższe niż kiedykolwiek), gdy kibice dwa
razy uznawali, że to panna Jadzia powinna wygrać plebiscyt „Przeglądu
Sportowego” na najlepszego sportowca kraju. Działacze tenisowi przyznawali jej
tytuł mistrzyni Polski… bez gry (1938), a władze nie miały wątpliwości, by dać
jej Państwową Nagrodę Sportową za 1937 rok. Otrzymała również Honorową Odznakę
PZL-T z numerem jeden (w latach 1936–1988 wręczono je zaledwie 42 osobom).
Mecze Jędrzejowskiej z takimi współczesnymi jej mistrzyniami, jak Niemka
Hilda Krahwinkel-Sperling, Francuzka Simonne Mathieu, Chilijka Anita Lizana,
Amerykanki Helen Jacobs i Alice Marble czy Brytyjki Margaret Scriven i Kay
Stammers rozpalały wyobraźnię i tworzyły legendę tak samo jak jej osobowość i
życie poza kortem. Panny, która mimo pewnej nieśmiałości odnajduje się na balu
w „Adrii”, brydżu z kolegami-tenisistami na kortach Legii, wywiadach dla
amerykańskiej prasy i odmawia gry zawodowej w „Cyrku Tildena”, choć kusił ją
sam Fred Perry, mówiąc o 25 tys. dolarów na początek plus dziesięć procent
wpływów z biletów... A trzeba pamiętać, że osiemdziesiąt lat temu dolar miał przecież
co najmniej kilka razy większą siłę nabywczą.
Sport był wówczas w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach amatorski,
ale uprawiany na najwyższym poziomie nie pozostawiał oczywiście wiele czasu na
pracę. W tenisie radzono sobie z tym poprzez zwrot – nieraz abstrakcyjnie
zawyżanych – kosztów podróży na turnieje, albo zatrudniając zawodników na mniej
lub bardziej fikcyjnych „etatach”. Jędrzejowska dostała taką znakomicie płatną
posadę w polskim przedstawicielstwie Dunlopa, gdzie jedynie od czasu do czasu,
i tylko zimą, musiała się pojawić i ewentualnie coś zrobić. A tak – trenowała i
grała ku chwale ojczyzny oraz warszawskiej Legii. Ściągnął ją bowiem do stolicy
z Krakowa (a z Poznania – naszego najlepszego gracza-mężczyznę Ignacego
Tłoczyńskiego) Aleksander Olchowicz. „Radca”, jak powszechnie go tytułowano,
był szarą eminencją PZL-T i prekursorem menedżerki w sporcie. Za jego sprawą
korty przy Myśliwieckiej stały się nie tylko „stajnią” najlepszych graczy, ale
i mekką naszego tenisa, do której na towarzyskie mecze ciągnęły zagraniczne
gwiazdy. Na czym klub świetnie zarabiał, bo trybuny pękały w szwach, a bilety
nie były tanie.
Kończąc celebryckie wątki w karierze „Jadzi”, dodajmy, że jest bodaj
jedyną polską sportsmenką, na kanwie kariery której nakręcono film fabularny.
Główna bohaterka komedii romantycznej (czy jak wtedy mówiono: komedii pomyłek),
pt. oczywiście „Jadzia”, zrealizowanej w 1936 roku w reżyserii Mieczysława
Krawicza, na nazwisko miała wprawdzie Jędruszewska, ale była gwiazdą tenisa i
wszyscy doskonale wiedzieli o kogo chodzi... W roli tytułowej wystąpiła Jadwiga
Smosarska, największa gwiazda ówczesnego polskiego kina, której partnerował
najprzystojniejszy z ekranowych amantów, Aleksander Żabczyński.
Niewysoka, ale mocno zbudowana, w okresie przedwojennym wręcz z wyraźną – jak na dzisiejsze standardy – nadwagą. Po wojennych przejściach już do końca kariery szczupła, niemal drobna... Ale cały czas dysponująca bitym po męsku forhendowym drajwem, z którym nie mogło sobie poradzić kilka pokoleń krajowych rywalek, a problemy miewali i sparingpartnerzy czy przeciwnicy w mikście. Do tego niezbyt silny, za to super precyzyjny serwis, po którym piłka bardzo nisko się odbijała. Sprawna, szybka, zwinna, ale fachowcy zawsze podkreślali, że mogłaby mogłaby poprawić kondycję czy jak byśmy teraz powiedzieli: wydolność i wytrzymałość. Uzyskaniu lepszych parametrów w tym zakresie z całą pewnością nie pomagało to, że najpierw miała słabość do ciastek, a później lubiła – w co naprawdę dziś trudno uwierzyć! – zapalić sobie papieroska nawet tuż przed ważnym meczem. Czy napić się z koleżankami kawki, ale to już jakoś w wyczynowym sporcie ujdzie... Rozpływając się nad jej grą w najlepszym okresie (1937–1939) niektórzy eksperci zwracali też uwagę, że jest jeszcze zbyt spontaniczna na korcie, nie przywiązuje odpowiedniej wagi do taktyki, za bardzo wierzy w moc swojego forhendu i magię dropszotów.
Była fenomenem sportowej długowieczności. W okresie bezprecedensowej, ani przez nikogo w polskim tenisie nie powtórzonej, trwającej ponad czterdzieści lat zawodniczej kariery zdobyła sześćdziesiąt dwa tytuły mistrzyni Polski: 23 w singlu, 14 w deblu i 25 w mikście. Jej pierwszy i ostatni triumf w turnieju o mistrzostwo kraju na kortach otwartych w grze podwójnej dzieli trzydzieści dziewięć sezonów (1927–1966). Do tego dwadzieścia sześć tytułów międzynarodowej mistrzyni Polski, nie mniej w jej epoce prestiżowych niż te narodowe: 9 w grze pojedynczej, 7 w podwójnej i 10 w mieszanej. A także wszystkie możliwe przez nią do wygrania halowe mistrzostwa Polski (pięć), bo zwyciężała w tych turniejach zawsze, gdy stawała na starcie… Przez dwadzieścia cztery lata (8 przed wojną i 16 po) była liderką list klasyfikacyjnych PZT na koniec sezonu. Jak wspominał jej przedwojenny kolega klubowy z warszawskiej Legii (był wtedy obiecującym juniorem, z którym czasem grała sparingi), a po wojnie najlepszy polski dziennikarz sportowy w historii red. Bohdan Tomaszewski: „Pod koniec kariery oczywiście nie grała już tak dobrze jak wcześniej, ale pełniła funkcję kata całej następnej generacji krajowych tenisistek. Była nie do przeskoczenia i miała filozofię: gram dopóty, dopóki ktoś mnie nie zdetronizuje. Więc dopóki mogła, lała te młodsze”. No i ostatni tytuł singlowej mistrzyni Polski zdobyła w wieku 49 lat, mikstowy – 52, a deblowy – 54.
Dokładnej, a nawet w miarę przybliżonej, liczby jej tryumfów na arenie
międzynarodowej podać dziś nie sposób, choć z całą pewnością odniosła ich
kilkadziesiąt. Przede wszystkim dlatego, że w jej epoce w tenisie nie było
oficjalnych rankingów czy statystyk. Ba, w wielu przypadkach nie zachowały się
nawet szczątkowe wyniki – nie mówiąc o pełnych drabinkach – turniejów, w
których grała. Często też w dostępnych archiwaliach te rezultaty się różnią, a
nie ma już nikogo, kto oglądał jej starty na żywo. Jakimś źródłem może być,
napisana po latach przez red. Kazimierza Gryżewskiego jako wymienionego na
okładce ghost writera, autobiografia „Urodziłam się na korcie”. Jednak i
w tej, skądinąd jednej z najlepszych polskich książek sportowych, zdarzają się
błędy i niekonsekwencje. Skupmy się zatem na tym, co pewne…
W 1937 roku Jadwiga Jędrzejowska została wicemistrzynią Wimbledonu, po
finale z Brytyjką Dorothy Round (2:6, 6:2, 5:7), i US National (obecne US Open)
na Forest Hills, gdzie będąc faworytką niespodziewanie uległa w decydującym
meczu Chilijce Anicie Lizanie (2:6, 4:6). Wcześniej w tamtym sezonie zagrała w
półfinale Roland Garros. Dwa lata później doszła do finału singla i w Paryżu,
przegrała z Francuzką Simonne Mathieu (3:6, 6:8), ale w parze z nią wygrała
debla, zostając pierwszym w historii polskim zwycięzcą (licząc kobiety i
mężczyzn) wielkoszlemowego turnieju. Czterokrotnie była mistrzynią Londynu,
seryjnie wygrywała turnieje w Anglii na trawie i na Riwierze na mączce. W
sporządzanych wówczas uznaniowych rankingach była w latach 1936–1939
klasyfikowana przez poszczególnych fachowców w pierwszej światowej dziesiątce,
nie wyżej jednak niż na piątym miejscu. Wydawało się, że jej możliwości są
większe i że lada rok znajdzie się w czołowej trójce, a potem, kto wie,
zostanie nawet liderką kobiecego tenisa... Wybuch wojny sprawił jednak, że owo
piąte miejsce i wimbledoński finał ’37 okazały się jej największymi osiągnięciami.
W tamtym legendarnym meczu prowadziła z Round w decydującym secie 4:2,
ale przegrała 5:7 i tak sama – piórem red. Gryżewskiego we wspomnianej
autobiografii – opisuje, jak to komentowano: „Alicja Marble, którą pokonałam w
półfinale, była podniecona i zdenerwowana: – Ach, Dżadża, jak śmiałaś zmarnować
tak wspaniałą szansę! Mogłaś i powinnaś wygrać, bo jesteś teraz najlepsza na
świecie. Dlaczego masz takie słabe nerwy i ten jakiś niezrozumiały kompleks
niższości? Przestraszyłaś się, że możesz wygrać. Zaczęłaś grać ostrożnie i to
cię zgubiło. […] Podszedł do mnie również sam wielki «Big Bill» – Tilden, który znajdował
się w Wimbledonie w charakterze dziennikarza i zapytał prosto z mostu: –
Dlaczego tak strasznie bałaś się wygrać?! Gdy prowadziłaś w ostatnim secie,
zaczęłaś robić wszystko, aby przegrać”.
A w londyńskich gazetach pisano: „Był to najlepszy i najdramatyczniejszy wimbledoński finał gry kobiet, o poziomie wyjątkowo wyrównanym. Round dysponowała wspaniałym bekhendem, a Jędrzejowska równie niebezpiecznym forhendem. Przy siatce Polka była nawet lepsza. W drugim secie tempo przez nią narzucone było fenomenalne, wtedy dominowała nad grą. Decydująca rolę w zwycięstwie Angielki odegrała jej większa regularność i odwaga w krytycznym momencie trzeciego seta”.
Druga wojna światowa zabrała Jędrzejowskiej potencjalnie najlepszy dla sportowca okres: w 1939 roku miała 27 lat, w 1945 – już 33. Jakoś ją przeżyła, ale oczywiście o grze w tenisa nie mogło być mowy. Chociaż… Pewnego dnia dostała wezwanie na gestapo. „Szkoda takiego talentu jak pani. Jeśli pani zechce, może grywać w turniejach na terenie III Rzeszy. Będzie okazja spotkać się ze swoimi dawnymi przeciwniczkami i może pani kontynuować karierę” – zaproponowano jej podczas kurtuazyjnej rozmowy w tym budzącym wśród Polaków grozę urzędzie. „Jadzia” zaprzeczyłaby jednak całej sobie, gdyby przyjęła tę ofertę. Podobnie jak zaproszenie króla Gustava V, z którym przed wojną grywała towarzysko miksta. Monarcha chciał ją nakłonić na wyjazd do swej neutralnej Szwecji. Zaproszenie miało charter oficjalny, jego odpis otrzymały także władze niemieckie. „Moje miejsce jest w kraju” – odpowiedziała nasza tenisistka.
Po wojnie wygrała jeszcze na Wimbledonie 1946 turniej pocieszenia,
czyli obecnie już zapomnianą, a wtedy jeszcze bardzo popularną i prestiżową
rywalizację dla tych, którzy odpadali w I lub II rundzie podstawowych
rozgrywek. Doszła po raz siódmy w karierze (to jej kolejny, do dziś daleki od
choćby wyrównania, rekord Polski) do wielkoszlemowego finału – miksta na Roland
Garros 1947, w parze z Rumunem Constantinem Caralulisem. W Międzynarodowych
Mistrzostwach Francji po raz ostatni startowała w 1959 roku, a na US Open
zaproszono ją – do gry na korcie, a nie do loży honorowej – jeszcze trzy lata
później, z okazji ćwierćwiecza jej finału ‘37.
W Polsce po wyzwoleniu przez jakiś czas mieszkała w Bydgoszczy, po czym
w 1948 roku przeniosła się do Katowic. To dlatego, że wyszła za mąż za Alfreda
Galerta, wytwórcę butów, działacza klubu Pogoń (później Stal, a jeszcze później
Baildon) i PZT. Szybko owdowiała, ale pozostała na Śląsku. Jej najbliższym
przyjacielem stał się wtedy były znany tamtejszy zawodnik, a później trener
Eryk Ślusarz. Ona sama też była trenerem, i to I klasy, z biegiem lat jednak
coraz rzadziej szkoliła potencjalne następczynie. Tuż przed emeryturą pracowała
w swoim klubie już tylko jako sekretarka, w zimą często niedogrzanym biurze… Podupadła
na zdrowiu i przedwcześnie zmarła na raka krtani. Pochowano ją w rodzinnym
Krakowie.
Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i Medalem 100-lecia Sportu Polskiego. Wyróżniona tytułami Mistrzyni i Zasłużonej Mistrzyni Sportu.
Kluby: przed wojną – AZS Kraków, Legia Warszawa; po wojnie – Gwardia Bydgoszcz, Baildon Katowice.
Roland Garros – singiel: finał (1939), półfinał (1937), 4 razy 1/8 finału – III r. (1934, 1936, 1946 i 1947), 1/16 (1931); debel: tytuł (z Simonne Mathieu FRA 1939), finał (z Susan Noel GBR 1936); mikst: finał (z Christianem Caralulisem ROU 1947).
Wimbledon – singiel: finał (1937), półfinał (1936), 3 razy ćwierćfinał (1935, 1938 i 1939), 1/8 finału – III r. (1934), 2 razy 1/16 (1932 i 1933), 1/32 (1947).
US National – singiel: finał (1937), ćwierćfinał (1938); debel: finał (z Simonne Mathieu FRA 1938).
Klasyfikacja PZT: 2. (1928), 1. (1929–1937), 1. (1945–1959), 1. (1961).
Tytuły mistrzyni Polski (bez MMP): 62 (najwięcej w historii wśród kobiet i mężczyzn).
Narodowe MP – singiel: 23 razy zwyciężczyni (1929–1936, 1939, 1945, 1946, 1948–1955, 1957–1959, 1961); debel: 14 razy zwyciężczyni (ze Stanisławą Groblewską 1927 i 1928, Wandą Dubieńską 1931 i 1933, Zofią Jędrzejowską 1939, Irminą Popławską 1952 i 1955, Ewą Fogelman 1957, Krystyną Żmijanką 1958, 1959 i 1961, Żmijanką-Makowską 1964 i 1965 oraz Danutą Wieczorek 1966); mikst: 25 razy zwyciężczyni (ze Stanisławem Czetwertyńskim 1928, Jerzym Stolarowem 1929, Przemysławem Warmińskim 1930, Ignacym Tłoczyńskim 1933 i 1935, Józefem Hebdą 1936, 1945, 1946 i 1948, Adamem Baworowskim 1939, Władysławem Skoneckim 1949 i 1950, Walentym Bratkiem 1951 i 1952, Józefem Piątkiem 1953–1955, Andrzejem Licisem 1956 i 1959, Wiesławem Gąsiorkiem 1958, 1962, 1963 i 1965, Józefem Orlikowskim 1961 i Wiesławem Biełanowiczem 1964).
Halowe MP – singiel: 5 razy zwyciężczyni (1953–1957); debel kobiet po raz pierwszy rozegrano w HMP dopiero w 1979 r., a miksta – nigdy.
Międzynarodowe MP – singiel: 9 razy zwyciężczyni (1931–1933, 1935, 1936, 1939, 1947–1949); debel: 7 razy zwyciężczyni (z Gertrudą Volkmer-Jacobsen POL 1932 i 1936, Dubieńską 1933, Adelą Bemówną POL 1939, Verą Pużejovą-Sukovą CSRS 1958, Elizabeth Starkie GBR 1961 i Żmijanką-Makowską POL 1964); mikst: 10 razy zwyciężczyni (z I. Tłoczyńskim 1931–1933, 1935 i 1939, Hebdą 1936 i 1947, Wł. Skoneckim 1948 i 1949 oraz Jean-Claudem Barclayem FRA 1964).
Krótkie filmy z przedwojennych występów:
FINAŁ WIMBLEDONU 1937: https://www.youtube.com/watch?v=yAtkQ6LZn2g LUB https://www.youtube.com/watch?v=qgRWJKR-WOo
FINAŁ TURNIEJU NA WSCHODNIM WYBRZEŻU USA 1937: https://www.youtube.com/watch?v=KgOKlCbAukI
Zdjęcia z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego.