Powrót do listy
Refleksje byłego prezesa Andrzeja Targowskiego na 100-lecie PZT


Wprowadzenie

Piękna okrągła rocznica ujęcia w organizacyjne ramy tenisa w Polsce skłania do zastanowienia się nad historią tego sportu. Z jednej strony jest ona długa, z drugiej – krótka...

Tenis to gra oparta na przerzucaniu piłeczki przez siatkę, w czym jest podobny do wielu współczesnych gier sportowych. W piłkę grali już Majowie dwa i pół tysiąca lat temu, a kapitan przegranej drużyny tracił życie. Grano i w starożytnej Grecji. Natomiast w „tenisa” zaczęto grać na francuskim dworze w XII wieku, ale najpierw uderzano drewnianą „piłkę” dłońmi, a dopiero później, by nie męczyć rąk – rakietami. Szczególnie do spopularyzowania gry w „tenisa” przyczynili się w Europie zakonnicy, po zakończeniu tzw. wieków ciemnych (trwały od upadku Rzymu w V wieku aż do poczatków Renesansu w XV).

Oczywiście „sport” uprawiano na arystokratycznych dworach, gdzie mnisi stawali się pierwszymi trenerami. Francuski król Ludwik X (1314–1316) ponoć tak się zagrał w jeu de pomme, że po grze umarł. Pewnie pił za mało wody, a napoje izotoniczne nie były jeszcze znane. W XVI w. król Henryk VIII wprowadził „tenis” do Anglii. I może właśnie w grze wyrobił sobie tzw. instynkt killera, który później praktykował na co najmniej połowie ze swych sześciu żon. A wraz z rozwojem renesansu Włosi wynaleźli (1583) rakietę tenisową. Kto wie, czy twórca „patentu” nie był uczniem Leonardo Da Vinci.

Samo słowo „tenis” pochodzi ze starofrancuskiego słowa-imperatywu tenez, które wtedy było wymawiane „z niemiecka”, ponieważ w średniowieczu dominowało Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. W wymowie niemieckiej zatem te-netz (w transkrypcji „polskiej” byłoby to te-nec). Znaczenie? „Trzymajcie!”, „Trzymaj waść!”. Zapewne oznaczało „trzymaj piłkę w grze”, bo gdyby chodziło o to, by piłkę ZAtrzymał, to mielibyśmy piłkę ręczną…

Współczesny tenis narodził się w Anglii w 1868 roku, kiedy w Wimbledonie został zorganizowany All England Croquet Club. [Tenis włączono do jego działalności siedem lat później – przyp. red.] A w 1873 r. major Walter Clopton Wingfield zdefiniował zasady gry i rozmiary kortu oraz sprzętu gry w tenisa ziemnego (lawn tennis). W 1877 odbyły się w Wimbledonie z udziałem 22 zawodników pierwsze „mistrzostwa świata”. Zwyciężył Spencer Gore, który w nagrodę dostał 12 gwinei (czyli 12 x funt i szyling). W 1888 roku został utworzony Brytyjski Związek Tenisowy (LTA – Lawn Tennis Association). Były to czasy rozkwitu Imperium Brytyjskiego i jego rozległych kolonii, gdzie elita brytyjska zabijała czas grą w tenisa. Stąd zyskał z miejsca dużą popularność w USA (państwo post-kolonialne), Australii, Południowej Afryce i Indiach. W 1896 r. tenis stał się jednym z pierwszych sportów olimpijskich, ale już po 1924 wypadł z programu igrzysk, by wrócić najpierw jako dyscyplina pokazowa w 1984 i już medalowa od 1988 do dziś.

W 1919 roku swój pierwszy Wimbledon wygrała wielka francuska gwiazda Suzanne Lenglen. Kto wie, czy w tamtym sezonie nie grała już w tenisa Jadwiga Jędrzejowska (1912–1980), bo przecież tytuł jej znanej biografii brzmi „Urodziłam się na korcie”? Natomiast NA PEWNO w 1921 roku powstał Polski Związek Lawn Tennisowy. Gdy w 1971 roku organizowałem jubileusz 50-lecia związku, nie spodziewałem się, że mogę „dociągnąć” do setki... Tak czy inaczej, PZ(L)T został utworzony 32 lata po związku brytyjskim i zaledwie trzy po odrodzeniu Polski ze 123-letniej niewoli. Widocznie tenis spodobał się rodakom, którzy wracali do ojczyzny z emigracji, gdzie nauczyli się w niego grać. A i w kraju był znany już co najmniej od końca XIX wieku.

 

Tennis w II RP (1918–1939)

Przed II wojną światową Jadzia (po angielsku „Jaja”) Jędrzejowska była gwiazdą polskiego i światowego tenisa, pomimo że wywodziła się z ubogiej rodziny, nie miała żadnego sponsora ani sztabu szkoleniowego. [Dostawała jednak znaczące wsparcie: klub, AZS Kraków, kupował jej stroje i opłacał dobrego czeskiego trenera, a PZ(L)T finansował udział w zgrupowaniach i co najmniej kilku wyjazdach zagranicznych rocznie  przyp. red.] Zaczynała od zbierania piłek zamożnym graczom. Dotarła do trzech wielkoszlemowych finałów singla, trzech debla (jeden wygrała) i jeszcze w 1947 roku walczyła o tytuł w mikście. W 1939 była klasyfikowana na trzecim miejscu w świecie, a od 1936 nieprzerwanie w pierwszej dziesiątce. Już 85 lat temu uderzała forhend top-spinem, jak gra się dziś, a bekhend – ostrym i dynamicznym slajsem.

W finale Wimbledonu 1937 Jędrzejowska prowadziła w decydującym secie 4-1 i wygrała piłkę na 5-1, ale Brytyjka Dorothy Round zaprotestowała, że sędzia uznał jej zagranie za autowe. Wówczas arbiter zapytał Polkę, jaka była piłka. Jadzia odpowiedziała, że dobra. Rywalka wygrała gema na 2-4, następnie seta i mecz. Czy podniosłaby się z 1-5 i „co by było gdyby” przerwa na roztrząsanie, jaka była piłka, nie wybiła Polki z rytmu – tego już się nie dowiemy. Potem ktoś ją pytał: „Jadźka, aleś ty głupia, dlaczego nie powiedziałaś, że był aut, skoro był aut?” A ona na to: „Nie chciałam, by mi powiedziano, że wygrałam przy zielonym stoliku...”.

Prócz Jadzi mieliśmy przed wojną świetnych tenisistów, jak: pierwszy mistrz Polski Edward Kleinadel, bracia Jerzy i Maks Stolarowowie, bracia Ignacy i Ksawery Tłoczyńscy (powstańcy warszawscy), Józef Hebda, Kazimierz Tarłowski czy Zbigniew „Kuluś” Bełdowski (powojenny charyzmatyczny kapitan daviscupowy), młodziutki Władysław Skonecki i dobrze zapowiadający się junior Bohdan Tomaszewski.

 

Wojna (1939–1945)

W czasie II wojny światowej zginęło ok. 5 milionów polskich obywateli i myślenie o grze w tenisa nie było na pierwszym planie. Jakakolwiek działalność sportowa została przez Niemców zakazana i była karalna. Mimo to na peryferyjnych boiskach w miastach i miasteczkach całej Polski rozgrywano konspiracyjne mecze. Grywano w piłkę nożną na łąkach i polach. Niestety, zdarzało się, że po „nalotach” hitlerowców zawodnicy prosto z boiska trafiali do więzień lub obozów koncentracyjnych.

Już 12 września 1939 roku tragiczną listę młodych sportowców otwiera Leonard Kowalski. Piłkarz, kolarz i gracz Warszawskiego Klubu Tenisowego został rozstrzelany wraz z kilkoma kolegami na Okęciu w odwet za zestrzelenie samolotu niemieckiego przez polską artylerię. Świetnie zapowiadającego się Kazimierza Tarłowskiego – jedynego, który był w stanie w mistrzostwach Polski „pogodzić” Tłoczyńskiego i Hebdę, równocześnie grając w… hokejowej reprezentacji kraju – zamordowano w Oświęcimiu. Jerzy Gotschalk poległ trzy dni przed końcem Powstania Warszawskiego, w którym w jednej z niewielu zwycięskich potyczek wyróżnił się Ksawery Tłoczyński. Władysław Skonecki w wieku 21 lat został wzięty z ulicy w łapance i zesłany do obozu Mauthausen-Gusen, który przetrwał, ale zostały w nim głębokie ślady i może dlatego zawsze potem żył hołdując zasadzie carpe diem. Wielu graczy walczyło w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, gdzie pozostali po wojnie, jak np. „Ignac” Tłoczyński czy Czesław Spychała. Pierwszy prowadził później w Edynburgu szkolenie talentów szkockich, a drugi został operacyjnym kierownikiem wimbledońskich The Championships.

„Kolektywem utrzymującym w czasie okupacji dość ścisły kontakt, byli tenisiści Legii, którzy spotykali się na kortach głuchoniemych, ukrytych wśród ogrodowych cieni skarpy (k. Placu Trzech Krzyży w Warszawie), bądź też w Milanówku. W tych potajemnych grach brali udział m. in.: Ignacy i Ksawery Tłoczyńscy, Jerzy Gotschalk, Bohdan Tomaszewski” czytamy w jubileuszowej księdze „Legia 1916–1966”.

Król Gustaw V, który jako „Mister G” chętnie przed wojną grywał na Riwierze miksta z czołowymi tenisistkami świata, uzyskał u Niemców zgodę na wyjazd Jadwigi Jędrzejowskiej do jego Szwecji. Jednak poinformowana o tym przez gestapo Jadzia odmówiła („Moje miejsce jest z rodakami”).

 

Odrodzenie tenisa w powojennej PRL (1945–1989)

Tenis szybko odrodził się w zniszczonej Polsce. PZT zaczął działać już w 1945 roku, głównie dzięki energicznemu prezesowi Aleksandrowi Olchowiczowi (w 1915 r. aresztowany za udział w rozruchach antyrosyjskich, przedwojenny oficer i dziennikarz, kapitan daviscupowy i wiceprezes PZT, wojenny konspirator i powstaniec warszawski, w PRL poseł z Partii Pracy). We wrześniu tego roku, czyli zaledwie pięć miesięcy po zakończeniu okrutnej wojny, odbyły się XIX Narodowe Mistrzostwa Polski, które wygrali Jędrzejowska i Hebda, gracze przedwojenni, obecnie z niezniszczonego wojną (jak np. Warszawa) Krakowa. Pani Jadwiga swój ostatni krajowy tytuł singlowy wywalczyła w 1961 roku, kiedy miała 49 lat. W 1955 zdobyła mistrzostwo w Poznaniu, gdzie i ja startowałem („wybijający się junior”), ale przegrałem na kortach AZS w drugiej rundzie (w trzech setach, ale po prawie 3,5-godzinnej grze w palącym słońcu).

Po wojnie nasz tenis rozsławiali świetni gracze, jak wspomniany Władysław Skonecki (nieobecny w Polsce w okresie 1951–1956 wygrał na Zachodzie ponad 40 turniejów), niezmordowany deblista Józef Piątek, Andrzej Licis (podobnie jak Skonecki „wybrał wolność” w 1961 roku) czy Wiesław Gąsiorek, który miał ówczesny światowy rekord – 126 gemów w przegranym meczu z Brytyjczykiem Rogerem Taylorem na śliskim parkiecie w Hali Gwardii w 1966 r. Byli też: grający pod końcową linię z dokładnością roleksa Jan Radzio czy często występujący w długich białych spodniach, dysponujący świetnym slajsem z obu stron, grający elegancki tenis Włodzimierz Olejniszyn. I inni…

W okresie stalinowskim niewiele brakowało, by tenisa, jako sportu elitarnego, zabroniono. Został sprytnie uratowany, dzięki oddaniu prezesury w latach 1948–1949 generałowi Piotrowi Jaroszewiczowi, który wtedy był wiceministrem obrony narodowej (z mocnymi politycznymi koneksjami z Sowietami), a później (lata 70.) nawet premierem. Tenis, nie będąc wówczas sportem olimpijskim, nie był przez to w dobie „zimnej wojny” sportem politycznym. Nie miał zatem poparcia władz dla swego funkcjonowania i rozwoju. Z tym problemem stykał się każdy prezes PZT w PRL. A jak wiadomo „z pustego i Salomon nie naleje”.

Mieliśmy wtedy w kraju tylko 700 kortów, o nawierzchni ziemnej, które wymagały kosztownej, ręcznej konserwacji. Grało na nich kilka – no, może kilkanaście – tysięcy ludzi. W praktyce ten „burżuazyjny” sport uprawiała w Warszawie jedynie tzw. „czarna reakcja”. W ówczesnym życiu społecznym były w stolicy tylko dwa zachodnie „wentyle”: jazz i tenis.

Ten pierwszy – w „Katakumbach”. Organizowany przez Leopolda Tyrmanda, któremu w tym pomagałem, ponieważ lubił grać ze mną na kortach Agrykoli. Potem nasza sekcja tenisowa Polonii organizowała owe koncerty w baraku obok kortu na ul. Emilii Plater, a ja w pudełkach tekturowych po czeskich piłkach Fatra wynosiłem gotówkę z pełnej sali, aby nas nie okradli.

A wentyl tenisowy to mecze międzynarodowe na Legii, gdzie cztery tysiące miejsc było wykupowane na pniu. A co najważniejsze, sędzia podawał wynik po angielsku. Potem my, juniorzy, też liczyliśmy na polskich turniejach po angielsku. I tak nam zostało do dziś... Zachodniego blasku tenisowi dodawały świetne reportaże radiowe i telewizyjne redaktora Bohdana Tomaszewskiego; bardzo emocjonalne, głównie z wydarzeń międzynarodowych. Sam Tomaszewski (były zawodnik), szalenie elegancki, wyglądem przypominał członka brytyjskiej rodziny królewskiej. Zresztą, świadomy tego, znakomicie nami manipulował, jak piękna kobieta...

W 1971 roku Tadeusz Nowicki doszedł aż do 1/8 finału Roland Garros. Przegrał dopiero z finalistą turnieju, Ilie Năstase – późniejszym pierwszym liderem zainicjowanego w 1973 r. komputerowego rankingu światowego ATP. Nasz gracz dostał premię 800 dol. Przyszedł do mnie (prezesa PZT) i chciał je zwrócić, bo był amatorem. Powiedziałem: „Tadziu, uciekaj i nic nikomu nie mów”. Kupił sobie potem auto – używaną Zastawę 1100.

Nowicki wygrał też międzynarodowe mistrzostwa Węgier, po „przegranym” finale ze świetnym Istvánem Gulyásem, czołowym tenisistą Europy. Działo się to przy sprzeciwie na jego wyjazd Zarządu PZT, który chciał, by wygrał „Sopot”, ponieważ „dobrze grał”. „Jeśli tak, to niech wygra w Budapeszcie” zaoponowałem. Bo na Węgrzech panował „gulaszowy socjalizm” i stać ich było na zaproszenie dobrych zawodników. A na MMP do Sopotu przyjeżdżali nieznani w świecie gracze, głównie z NRD, ZSRR, Węgier i Czechosłowacji. U nas żaden dobry tenisista nie chciał grać, ponieważ nie płaciliśmy nagród. Wprawdzie red. Andrzej Roman radził, byśmy w nagrodę dali np. 10 świetnych enerdowskich aparatów fotograficznych Exakta Varex, ale stać nas było najwyżej na kryształowy puchar i papierowe dyplomy... A Nowicki w budapeszteńskim finale przegrał dwa pierwsze sety i przegrywał w trzecim, publiczność zaczęła opuszczać stadion, ale ocknął się i wygrał mecz. W 1973 roku w drodze do półfinału w Nicei pokonał Björna Borga, później osławionego pięciokrotnego mistrza Wimbledonu. Tadzio umiał świetnie i ładnie grać.

Dziś niech młode przyszłe gwiazdy tenisa nie narzekają na trudne warunki rozwojowe, po zapoznaniu się z okolicznościami uprawiania tenisa w PRL. Kiedyś na przykład Szwajcarzy zaprosili naszych tenisistów (Tadeusz Nowicki, Mieczysław Rybarczyk i Jacek Niedźwiedzki) na kilka turniejów i pokrywali koszty. Po paru dniach dzwoni do mnie chyba Tadzio, że nie mają za co jeść w dniach między startami. Wygrywają turnieje, ale nie widzą nagród, a ich wzięte z domu zapasy i gotówka się skończyły. Natychmiast zatelefonowałem do szwajcarskiego prezesa (zapewne milionera), który zdziwił się, że Polacy nie mają pieniędzy. Oni planowali przelać nagrody po zakończeniu wszystkich turniejów, a jedzenie i spanie gwarantowali w dniach startowych. Natychmiast wypłacono naszym należną kasę i nie musieli głodować.

Albo nasz junior, który w 1964 roku wziął udział w Roland Garros. Zbiegiem okoliczności byłem wtedy w Paryżu i spytałem go: „Dlaczego przegrałeś?”. „A, bo nie zjadłem śniadania...”. Oszczędzał, pewnie żeby sobie kupić koszulę non-iron, jakie wówczas były popularne.

Podobna sytuacja była z wyjazdem juniorów na zaproszenie Belgów. Przyjechali dzień wcześniej, ale hotel i wyżywienie mieli zapewnione dopiero od dnia pierwszego turnieju. Co robić? Szczęśliwie kierownik naszej drużyny, działacz Warszawianki Marian Ziętarski, zadzwonił do kolegi z czasów osadzenia ich obu w obozie koncentracyjnym i ten zaopiekował się naszą tenisową młodzieżą.

Inny, ale z tej samej parafii przypadek: mamy grać mecz Pucharu Davisa z Monako, a pierwszy skład odmawia, ponieważ „muszą” wyjechać na turniej do Libanu, gdzie płacili pod stołem po 500 dolarów. To według dzisiejszej wartości było co najmniej dziesięć razy tyle, a wg ówczesnej, przeliczonej po czarnorynkowym kursie „zielonego” – kilkadziesiąt przeciętnych miesięcznych pensji.

Co do mnie, prezesa, to przysługiwał mi wg. przepisów GKKF wyjazd służbowy na turniej wimbledoński. Nie skorzystałem z tej okazji, ponieważ dieta dzienna wynosiła 5 dol. Nie mógłbym się za to utrzymać, zwłaszcza siedząc na trybunie w rzędach dla prezesów i członków rodziny królewskiej, co wiązało się z późniejszymi spotkaniami towarzyskimi z szampanem itp. Nie chciałem wyglądać wśród nich jak „dziad”, a bałem się szmuglować przez granicę swoje dewizy. Do dzisiaj jednak żałuję, że nie zaryzykowałem tego wyjazdu...

 

Polskie talenty tenisowe

W Polsce wielki talent tenisowy objawia się mniej więcej co ćwierć wieku. W latach trzydziestych i po wojnie dominowała Jadwiga Jędrzejowska, ale wkrótce dołączył do niej Władysław Skonecki, który w latach czterdziestych i pięćdziesiątych wygrał turnieje w Budapeszcie, Monte Carlo, mistrzostwo W. Brytanii i Zachodniego Berlina. Teoretycznie był amatorem – bez pieniędzy, jakie obecnie wygrywają zawodowcy, ponieważ zawodowy tenis był wtedy w powijakach, z wyjątkiem dwóch tzw. cyrków. Gdy wrócił do kraju po Gomułkowskiej „odwilży”, w meczach Pucharu Davisa wygrywał na Legii z „każdym”. W sumie rozegrał w karierze ok. 600 meczów, z których 400 wygrał (67%).

Potem, w latach siedemdziesiątych, zaczął brylować Wojciech Fibak. Przez kilka sezonów był jednym z najlepszych deblistów świata (52 wygrane turnieje), a w singlu, jako jedyny do dziś polski tenisista-mężczyzna, wszedł do elitarnej Top 10 rankingu ATP.

Po kolejnych 25 latach nastał okres Agnieszki Radwańskiej, która osiągnęła finał Wimbledonu, wygrała kończące sezon Mistrzostwa WTA. Przez 10 lat w zasadzie nie wypadła z czołowej dziesiątki świata, w szczycie kariery plasując się nawet na drugim miejscu, czego nie odnotowała nawet Jędrzejowska. Z kolei Jerzy Janowicz, w krótkim okresie gry zawodowej doszedł w wieku 23 lat do półfinału Wimbledonu, osiągając najlepszy w Wielkim Szlemie wynik polskich tenisistów-mężczyzn. Po drodze mieliśmy też historyczny, „polski” ćwierćfinał z Łukaszem Kubotem (to z kolei nasz jedyny, późniejszy mistrz Wimbledonu, ale w deblu), po którym dwaj nasi gracze niczym piłkarze wymienili się koszulkami.

Niedawno, bo w sezonie 2020 „umarła królowa – niech żyje królewna!”. Mowa o Agnieszce Radwańskiej (zakończyła karierę w 2018) i Idze Świątek. Zaledwie 19-letnia, pierwsza w stuletniej historii polskiego tenisa, zdobyła wielkoszlemowy tytuł w singlu. Triumfatorka dziwnego, jesiennego, pandemiowego Roland Garros wygrywa dzięki taktyce dobrego boksera – broni się przed ciosami i uderza tam, gdzie przeciwnik się odkrywa. Podobną stosował mistrz bitwy Napoleon Bonaparte. Iga była dzielna i brawurowa, a – jak mawiał trzeci prezydent II RP Ignacy Mościcki – owe cechy są najpiękniejszym przejawem życia. I dlatego tak podobała nam się jej gra i sylwetka w Paryżu. W tym turnieju nie przegrała seta, w siedmiu pojedynkach oddała rywalkom wszystkiego 28 gemów, czyli średnio 4 na mecz.

 

Co wynika z historii zawodników dla ich następców?

Ograniczę się do oceny najwybitniejszych zawodników powojennych.

·                    Jadwiga Jędrzejowska. Biedna i bez sponsora [w okresie gry w Legii była zatrudniona w firmie Dunlop bez konieczności świadczenia pracy  przyp. red.] osiągnęła maksimum co mogła, dzięki swej skromności, mądrej i wszechstronnej grze, w której najgroźniejsze były: agresywny drajw z forhendu i świetny, taktyczny skrót. Wojna zabrała jej najlepsze sportowo dla tenisistki lata życia (27–32). Gra na kortach ziemnych preferowała taktykę nad siłą gry, czyli mądrość, która w tamtych czasach przychodziła z doświadczeniem tenisowym. Na przykład Jaroslav Drobný (uciekinier z Czechosłowacji, grający jako „Egipcjanin”) wygrał Wimbledon w 1954 rok mając 33 lata. Jędrzejowska po wojnie, w okresie stalinowskim, miała coraz mniej szans grania w turniejach na Zachodzie, choć jeszcze w 1947 r. doszła do finału miksta na Roland Garros. Uciekać nie chciała, skoro nie wyjechała legalnie z kraju podczas okupacji, a mogła. Jej polski rekord uczestnictwa w trzech wielkoszlemowych finałach w singlu nie został nawet wyrównany do dziś.

·                    Władysław Skonecki. Jako ofiara niemieckiego obozu koncentracyjnego obrał zbyt ryzykowny styl życia carpe diem („Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”). Niekoniecznie pomagało to w wyczynowym uprawianiu sportu, ale mogło wynikać z post-obozowego syndromu. Jednak wielki talent pozwolił mu grać stylowo, z kontry, i choć pochodził ze zniszczonego kraju, to osiągnął bardzo dużo w zachodnim świecie, gdzie dzięki Planowi Marshalla rozwijał się dobrobyt i były świetne warunki do uprawiania trenisa.

·                    Wojciech Fibak. Podobnie jak Skonecki grał inteligentnie, czerpiąc siłę z zagrań rywali, i dzięki dobremu przygotowaniu taktycznemu przed meczem (prowadził swój bank danych o przeciwnikach) mógł wygrać z każdym. Jego kortowa (i nie tylko) mądrość sprawdziła się w deblu, w którym był jednym z najlepszych na świecie. W singlu mógłby osiągnąć więcej, gdyby skupił się wyłącznie na tenisie i nie rozpraszał się w szeregu biznesowych projektów. Ale wydostawszy się z zapyziałego PRL łykał Zachód całymi garściami, wykorzystując swe dobre kontakty. Kosztem mistrzowskiego tenisa.

·                    Agnieszka Radwańska. Dzięki ojcu-trenerowi miała świetny początek kariery. Po „zerwaniu pępowiny” doszła do finału Wimbledonu, co jest tam najlepszym powojennym wynikiem naszych kobiet i mężczyzn. Generalnie jednak za często grała „pipsztoka na patelnię”, czyli środek kortu przeciwniczki, będąc łatwo gonioną po rogach. Woziła ze sobą dwóch mężczyzn – trenera i sparingpartnera, chciała się podobać i wyglądać jak modelka, więc chudła i nie miała siły grać. Szybko, bo w 29. roku życia (kiedy zawodniczka jest u szczytu możliwości) zakończyła wyczynową karierę, by poświęcić się małżeństwu i  rodzinie.

·                    Łukasz Kubot. Gra solidny tenis, trochę à la Wiesław Gąsiorek, ale bardziej ofensywny. W singlu doszedł do ćwierćfinału Wimbledonu, a w deblu jako jedyny z Polaków wygrał dwa wielkoszlemowe turnieje (Wimbledon i Australian Open) i był liderem rankingu ATP. Z różnymi partnerami pokonał wszystkie najlepsze pary świata.

·                    Jerzy Janowicz. Mając świetne warunki fizyczne i agresywny tenis mógłby być najlepszym w świecie, gdyby miał tzw. champion mind i zachowywał się na korcie i poza nim jak Djoković, Federer czy Nadal. Niestety, do tego, a także jego niepotrzebnych przepychanek z mediami, można mieć zastrzeżenia. Ponadto prześladowało go „przekleństwo” talentu. Zbyt szybko psuł piłki w gemie, na przykład głupimi, bo wysokimi skrótami (w meczu z Nadalem w Rzymie przy stanie 6-6 w tie-breaku grał wysokie dropszoty, do których Rafa dochodził spacerkiem), czy ryzykownymi forhendami, by potem musieć to nadrabiać znakomitą grą. Tym samym wyczerpywał w meczu repertuar dobrych uderzeń, którymi tylko reperował błędy, a nie zdobywał nowe gemy.

·                    Hubert Hurkacz. Ma świetne warunki fizyczne do gry w tenisa. Zachowuje się bez zarzutu. Ale pod jednym względem przypomina Janowicza – gra niestarannie i szybko traci punkty, które potem musi cierpliwie odrabiać. Ma dobry drugi serwis, ponieważ pierwszy za dużo psuje. Powinien się nauczyć od Władysława Skoneckiego (mistrza sprzed 65 lat) jak grać woleja i zginać nogi przy uderzeniu. Na korcie wygląda jakby nie cieszył się z gry. Wymaga współpracy z psychologiem.

·                    Iga Świątek. Postawą i agresywną grą już wieku 19 lat przypomina Jadwigę Jędrzejowską. Ma wszechstronny tenis. Jej najsilniejsze bronie to: 1) instynkt killera (nie spotykany u polskich tenisistów i tenisistek, z wyjątkiem p. Jadzi), kiedy 2) z obrony szybko przechodzi do ataku i rozprowadza przeciwniczki po korcie 3) silnym topspinem z forhendu à la Nadal, którego wysoki kozioł utrudnia zawodniczkom odgrywanie i gubią się. Co dalej? 1. doskonalić owe bronie; 2. nie oddawać szybko pierwszych punktów (może wskutek nierozgrzania?); 3. pracować nad rozwojem championship mind i ogólną sprawnością. Ma świetne fizyczne warunki do gry w tenisa, oby tylko w czasie zawodniczej kariery nie chciała zostać modelką... Ponieważ tenis jest sumą atletyzmu i gry w pokera, warto doskonalić także rozwój intelektualny, aby mieć dobrą ocenę sytuacji na korcie i dokonywać mądrych wyborów zagrań. Tym samym być tenisistką kompletną i spełnioną, a także zadowoloną.

 

Tenis wczoraj i dziś

Obecny sport trudno porównywać z przedwojennym lub tym w PRL. Zachodzi pytanie, czy w biednym kraju można grać wielki tenis? W Europie Wschodniej jakoś to nie wychodziło, z nielicznymi wyjątkami (Węgrzy Asboth i Gulyas, Gruzin Metrewelli czy Czech Kodes). Ale w Ameryce Łacińskiej – w Argentynie, Chile czy Kolumbii – mają świetne wyniki, ponieważ tenis jest możliwością wydostania się z pętli niedostatku. Natomiast po upadku bloku sowieckiego tenisiści z tych krajów wiodą prym w światowych rankingach. Na przykład w półfinałach kobiet Roland Garros 2020 były same Słowianki: Polka, Czeszka, „Ukrainka” z Argentyny i „Rosjanka” z USA. Świetnych graczy mają Serbowie i Chorwaci, a emigrantów z byłej Jugosławii można znaleźć w wielu reprezentacjach. Był czas, że dominowały Rosjanki, z Marią Szarapową na czele. Teraz lepiej od nich grają Ukrainki, nawet Białoruś ma dwie znakomite rakiety (Wiktoria Azarenka i Aryna Sabalenka). kilka Czeszek, Słowaczek czy Rumunek bryluje w każdym turnieju. Tenisistki z końcówką „ova” w nazwisku grają nawet dla Hiszpanii, a dwie świetne Polki (obie były liderkami światowego rankingu i zdobywały tytuły w Wielkim Szlemie) wybrały – niestety – Danię i Niemcy (Caroline Wozniacki i Angelique Kerber).

Tenis uprawia ok. 60 milionów ludzi na świecie. Tyle samo co golf, ale 3,5 razy mniej od liczby grających w badmintona. Jednak w odróżnieniu od wielu sportów tenis jest grą umysłową i dużym wysiłkiem fizycznym. Wśród badanych 60 sportów (wg. 10 kryteriów) tenis jest na piątym miejscu pod względem wysiłku fizycznego, po sportach walki (boks, zapasy, sztuki walki), hokeju, futbolu amerykańskim i koszykówce  (https://www.topendsports.com/world/lists/fittest-sport/espn.htm). Choć moim zdaniem pięciosetowy 4,5-godzinny pojedynek w upale wymaga większego wysiłku od wymienionych sportów, zwłaszcza zespołowych. Mecze w tych sportach, z wyjątkiem futbolu amerykańskiego, trwają  dwa razy krócej. Nawet w boksie nie walczy się już przez 15 rund... A tenis to gra indywidualna i nie można „przeczekać” zmęczenia, „schować się” wśród partnerów, jak w grach zespołowych. Tenisista nie może poczekać aż piłka się do niego doturla, tylko musi ją uderzać z pierwszego kozła albo woleja. Poza tym tenis jest trudny technicznie – gdzieś po trzech latach dopiero zaczyna się trafiać nieźle w piłkę, a po pięciu uzyskiwać przyjemność z gry (o ile ma się dobrego partnera/partnerkę...). I to zniechęca wielu początkujących, zwłaszcza młodych, wychowanych na grach komputerowych z błyskawiczną akcją.

Natomiast tenis ma wiele zalet. Uczy wytrzymałości, dbania o ulepszanie techniki w pracy nad sobą, walki do końca, i szacunku dla lepszego od siebie, bo dzięki niemu/jej można się czegoś więcej nauczyć. Dobry gracz zawsze woli grać z lepszym graczem.

Tenis uczy jak przegrywać i gratulować przeciwnikowi, co potem łagodzi konflikty w pracy i rodzinie. Tenis to nie tylko granie, ale również czynna obecność w środowisku, zaprzyjaźnienie się z innymi graczami, rozwijanie znajomości, które rozwijają naszą osobowość i stwarzają nowe możliwości, dzięki nowym i wartościowym kontaktom. Masz kłopoty? Zagraj w tenisa i zapomnij o nich! Miej odskocznię od zmagań życia.

Tenis przynosi także wzruszenia, jakich ostatnio przysporzyła nam Iga Świątek, której paryski sukces niejednej osobie wycisnął łezkę w oku. W tym i moim...


Podsumowanie rozwoju tenisa w Polsce w ostatnich stu latach

1.         Polacy po pierwszej wojnie światowej szybko poznali się na zaletach tego sportu, który odzwierciedla polski charakter: indywidualność, waleczność, ambitność i pracowitość – ta ostatnia cecha charakteryzuje trening tenisowy. Niestety, druga wojna spowodowała duże straty zawodnicze i klubowe. Jednak pomimo tego po zakończeniu „zimnej wojny” w III RP gra w tenisa obecnie 250 tysięcy osób. I zapewne będzie grało coraz więcej. Rozwijając tenis ze sportu elitarnego w popularny, a może kiedyś i masowy.

2.         Pod względem poziomu sportowego polscy tenisiści reprezentowali przed wojną średni poziom światowy i dobry europejski. Z tym że Jadwiga Jędrzejowska była tu znakomitym wyjątkiem, ponieważ grała na najwyższym poziomie światowym. Natomiast po wojnie w zniszczonej Polsce i w czasie „zimnej wojny” międzynarodowe kontakty sportowe – w tym i tenisowe – były ograniczone ze względów politycznych i finansowych. Pomimo tego polscy tenisiści grali na dobrym wschodnio-europejskim poziomie, a w meczach Pucharu Daviesa potrafili nieraz wygrywać ze świetnymi rywalami zachodnio-europejskimi i południowo-amerykańskimi, w czym brylował Władysław Skonecki. Również Wiesław Gąsiorek wygrywał z Australijczykami (i innymi) w Warszawie.

3.         Pod koniec trwania PRL Wojciech Fibak, pokonując liczne polityczne i finansowe przeszkody, zdołał się przedostać do wąskiego grona najlepszych tenisistów w świecie. Stał się przykładem do osiągnięcia tego samego, ale już w III RP przez: Agnieszkę Radwańskiej, Igę Świątek, Jerzego Janowicza, Łukasza Kubota, Huberta Hurkacza i innych. Potwierdza to, że polskich tenisistów stać na granie na najwyższym poziomie światowym.

4.         Jeżeli tyle dobrego można powiedzieć o rozwoju tenisa w Polsce w ostatnich stu latach, to stan taki wynika z pełnej poświęcenia roli trenerów i działaczy, tak licznych, że trudno ich wszystkich wymienić w tym podsumowaniu. [Sylwetki znajdują się w specjalnie im dedykowanych sekcjach tego wortalu  przyp. red.] Zrobię jednak wyjątek i wspomnę to dr. Adama Królaka, który przez dziesiątki lat na AWF w Warszawie kształcił i motywował oraz publikował podręczniki tenisowe. Natomiast z trenerów należy wymienić m.in. Zbigniewa „Kulusia” Bełdowskiego, Jana i Stefana Korneluków, Romana Niestroja i Józefa Hebdę. 

5.         Szczególną rolę w rozwoju tenisa po wojnie odegrały kluby tenisowe w Warszawie, Sopocie, Łodzi, Poznaniu, Gliwicach, Wrocławiu i Gdyni, a także w niektórych małych miejscowościach, jak np. w Ostródzie (Puchar Warmii i Mazur) i innych. Kluby te, zwłaszcza na Agrykoli (w Warszawie) i w Sopocie, były i są centrami nie tylko sportowymi, ale też kulturowymi, wyznaczającymi trendy w stylu życia społeczeństwa.

     

Przyszłość tenisa w Polsce

Tenis w III RP rozwija się dobrze. Uprawia go 250 tysięcy ludzi na tysiącach kortów. To w stosunku do PRL wzrost ok. pięćdziesięciokrotny, ponieważ i społeczeństwo jest zamożniejsze, doganiające te z zachodniej Europy. Aby utrwalić i dalej rozwijać tenis w Polsce warto się zastanowić nad następującymi rozwiązaniami:

1. Oprzeć się na modelu hiszpańskim, czyli kraju porównywalnego do Polski pod względem wielkości, populacji i rozwoju gospodarczego, ale z tenisem na światowym poziomie. Hiszpanie po 5 razy zdobyli Puchar Davisa (mężczyźni) i Puchar Federacji (kobiety), wygrali dziesiątki turniejów wielkoszlemowych. Te świetne wyniki sportowe sprawiły, że tenis jest sportem indywidualnym nr 1 w tym kraju. Sprzyja temu b. dobra pogoda, czego my nie mamy, oraz program kształcenia trenerów, co mieć możemy.

2. Powszechna rywalizacja młodych tenisistów powinien się zaczynać w szkołach, poprzez rozgrywki ligowe, lokalne, regionalne i krajowe. Zwycięzcy mieliby zapewnione stypendia na naukę i udział w mistrzostwach seniorów. Tak jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie mistrz kraju juniorów gra w US Open.

3. Mistrzostwa juniorów należy przeprowadzać zawsze w tych samych ośrodkach, oddzielnych dla chłopców i dziewcząt. W amerykańskim mieście Kalamazoo w stanie Michigan od ponad 70 lat odbywają się mistrzostwa USA chłopców w kategoriach do 16 i 18 lat. Cały czas rośnie jakość tych turniejów, dzięki zaangażowaniu lokalnych działaczy i sponsorujących je biznesów. Coś wiem na ten temat, bo mieszkałem w tym mieście 35 lat. A jednym ze sponsorów jest tam firma Pfizer, mająca w Kalamazoo fabrykę szczepionki, na którą zwrócone są teraz oczy całego świata.

4. Obecnie z zawodowej gry w tenisa może utrzymać się tylko po ok. 100 czołowych zawodników i zawodniczek w świecie. O wejście do tej wąskiej grupy i konkurowanie o sławiące ich i kraj zwycięstwa turniejowe starają się tysiące młodzieży. Jest to jakby projekt biznesowy: ile się zainwestuje, tyle się otrzyma. Polska ma dobre (Ryszard Krauze) i złe przykłady sponsoringu w tenisie (vide konflikt ojca Igi Świątek z Warsaw Sports Group). Jego reguły powinny zostać ustalone prawnie. Tak, aby ani zawodnik, ani sponsor nie czuł się oszukany. Także państwo może zapewnić ów sponsoring, czyli niejako udzielać pożyczki, która byłaby zwrócona, jeśli zawodnik uzyskałby finansowy sukces lub częściowo czy w całości umarzana w przeciwnym przypadku.

5. Państwo powinno zorganizować sportowe centrum tenisa, [wielomilionowa dotacja z budżetu na ten cel została już przekazana PZT, otwarcie Narodowego Centrum Tenisa w Kozerkach pod Warszawą planowane jest w połowie 2021 r. – przyp. red.] gdzie byłyby prowadzone kursy szkoleniowe, pokazowe rozgrywki i powstałaby Galeria Sławy (Hall of Fame). Ta ostatnia powinna być sfinansowana przez polskich tenisistów-milionerów, by ich dokonania (zobrazowane przekazanymi pucharami i medalami) oraz cała 100-letnia historia polskiego tenisa inspirowały następców. Akces do tej idei potwierdziłby wielkość mistrzów także poza kortami.

 

Przyszłość tenisa w świecie

W XXI wieku tenis stał się bardzo popularnym sportem na całym świecie. Wymaga jednak pewnych korekt, ponieważ staje się nudny dla widza, wskutek wielogodzinnych meczów, i niebezpieczny dla graczy, których prześladują kontuzje, powodujące (po pewnym czasie) nawet konieczność „wymiany” bioder czy kolan. Z tych względów należałoby wprowadzić pewne ulepszenia:

1. Koniec z pięciosetowymi meczami. Toczone w upale wymagają nadludzkiej kondycji i nie są sprawdzianem dobrej gry, ale fizycznej wytrzymałości. Aby odnosić sukcesy w tego rodzaju pojedynkach, trzeba dysponować sztabem wyspecjalizowanych trenerów i dietetyków oraz psychologów, na co stać tylko kilkanaścioro najlepiej zarabiających. Rośnie przez to luka wynikowa między najzamożniejszymi i niezamożnymi tenisistami.

2. Mecze trzysetowe powinny być toczone do 4 gemów albo bez gry na przewagi (maksimum 7 piłek w gemie). Zamiast trzeciego seta mógłby być grany super tie-break (do 10 punktów), jak ma to już od lat miejsce w deblu ATP Tour. W ten sposób tenis byłby bardziej atrakcyjny dla oglądających i zdrowszy dla grających.

3. Skrócenie meczów jest korzystne dla uczestników i widzów, ale nie dla organizatorów turniejów, bo podczas transmisji telewizyjnych skurczy się czas reklamowy sponsorów. Czyli proponowane ulepszenia zmniejszają dochody z imprez. W tej sprawie konieczna jest zatem dobra analiza optymalności czasu trwania meczów w kontekście zwrotu kapitału w turniejowym biznesie.

 

Konkluzja

Życie jest jak gra w tenisa: musisz ciężko walczyć, aby zdobyć każdy punkt i czasami wygrywasz, a czasami przegrywasz. To strach przed przegraną inspiruje nas do ciężkiej pracy, tak jak w tenisie. Ten sport uczy nas, że bycie mistrzem to nie tylko wygrana lub przegrana, ale także duch walki w każdym z nas. Wiemy też, że gracz, który dobrze serwuje, rzadko przegrywa. Jak w życiu ten, kto ma coś mądrego do powiedzenia. Tenis jest grą błędów, podobnie na tym polega i nasze życie, ale błądzić jest rzeczą ludzką. Żyjesz tylko raz, a w tenisie możesz serwować dwa razy. Jeśli nie ćwiczysz tenisa, nie zasługujesz na zwycięstwo. Ja w ciągu 70 lat mojego grania pauzowałem może dwa tygodnie. I gram nadal. Czego życzę cierpliwym Czytelnikom tych moich refleksji...

A co wynika z mojego długiego doświadczenia tenisowego? Talent i pracowitość oraz ambicja nie wystarczą, by wygrywać mecze. Decyduje o tym mądry wybór uderzenia i splasowania piłki w danej sytuacji na korcie. Jeśli grasz niemądrze – nie wygrasz.


prof. Andrzej Targowski

prezes PZT w latach 1971–1972


Notka biograficzna Autora znajduje się w zakładce Prezesi.

Powrót do listy